niedziela, 5 lipca 2015

Chapter 1

Sonya
   Ostatni dzień we Francji przyprawiał mnie o dreszcze. Nie mogłam sobie wyobrazić życia bez zapachu prowansalskiej lawendy roznoszącego się nie tylko w moim pokoju, ale także wokół domu. A dom, swoją drogą był obiektem, który traktowałam nie tylko jako schronienie. W szczeliny, które po latach powstały między bladymi cegłami powtykane były karteczki, a na nich zapisane moje największe tajemnice. Siedząc na parapecie i spoglądając w duże, gotyckie okno obramowane ciemnym, starym drewnem wychodzące na północ, łzy mimowolnie napłynęły do oczu. Nie powstrzymywałam się od płaczu, ponieważ wiedziałam, że w takiej sytuacji to nic złego. Do tej pory nie udało mi się zrozumieć, dlaczego mama chce, abym resztę życia spędziła w Polsce. Nie widzę siebie w tym szarym, nieznaczącym na razie na mapie Europy kraju. Moje oczy wędrowały w tą i z powrotem, po krajobrazie widocznym z okna. Za szkłem bowiem znajdował się nieogrodzony kawałek ziemi należący do mojej rodziny. Usiany był soczyście zieloną trawą oraz niedojrzałymi jeszcze drzewkami pomarańczowymi, których kwiaty pachniały niemalże tak idealnie, jak lawenda. Dalej, niczym fioletowej barwy ocean rozciągały się pola lawendowe, na których - dotychczas - potrafiłam spędzać całe dnie. Kwiaty pod wpływem czerwcowego wiatru kołysały się niczym dojrzałe kłosy. Nie mogłam oderwać wzroku. Chwilę, którą mogłam się nacieszyć przerwało skrzypienie otwieranych drzwi i powoli wyłaniająca się z nich twarz.
- Kochanie, jesteś już spakowana? - zapytała troskliwie starsza kobieta, będąca moją rodzicielką. W ramach odpowiedzi omiotłam wzrokiem pokój, który niemalże cały zastawiony był kartonami. Sądząc po liczbie i wielkości papierowych pudeł, nie byłam do końca pewna, czy wszystko zmieści się w moim nowym miejscu zamieszkania. Kiedy mama zorientowała się, że nic nie zostało na półkach, ja spostrzegłam, że jestem jeszcze w piżamie, jednak o szóstej rano nie jest to nic dziwnego, nieprawdaż?
   Chcąc wygrzebać z kartonu jakieś w miarę pasujące do siebie ubrania, musiałam oczywiście upiększyć podłogę całą jego zawartością. W ten sposób jednak było o wiele proście. W końcu zdecydowałam się na pastelowo-niebieską, zwiewną bluzkę na ramionach, czarne szorty z koronkowymi wstawkami i frędzlami oraz moje ukochane, czarne okulary przeciwsłoneczne stylizowane na Johna Lennona, tak zwane "lennonki". Dosłownie nigdzie się bez nich nie ruszałam w okresie wakacyjnym. Oczywiście, musiałam także zmienić obudowę telefonu, ponieważ poprzednia zupełnie nie pasowała do mojego ubrania. Lubiłam różnorodność, toteż starałam się codziennie zmieniać mój wizerunek. Możliwość codziennego tworzenia nowej siebie pobudzała moją kreatywność, co z kolei pozytywnie działało na moją psychikę. Kiedy byłam już ubrana, podeszłam do jedynej rzeczy, której postanowiłam nie zamykać w czeluści czterech ciemnych, kartonowych ścian. Do moich skrzypiec włożonych w futerał. Powoli, zgodnie z codziennie odprawianym rytuałem odpięłam zamek, wyjęłam skrzypce, a potem smyczek. Pokój, w którym przebywałam znajdował się na parterze, do też - z instrumentem w ręku - bez problemu wyskoczyłam przez otwarte na oścież okno i udałam się na wcześniej wspomniane lawendowe pole. Uwielbiałam tam grać. Zapach fioletowych kwiatów przyprawiał mnie o niemożliwą wręcz radość, a natchnienie przychodzące razem z nim było nie do opisania. Uwielbiałam muzykę tworzoną przez Lindsey Stirling. Nie były to monotonne, zawsze takie same i przewidywalne koncerty smyczkowe grane na okrągło przez poznanych przeze mnie skrzypków. Chciałam być inna, toteż nauczyłam się na pamięć niemalże wszystkich jej utworów. Bez dłuższego zastanowienia przyłożyłam instrument do brody i zaczęłam grać What Child is This. Skończyłam mniej więcej w połowie utworu. Nie byłam na siłach dalej grać. Utwór przywołał wspomnienia schowane w najciemniejszych zakątkach mojego umysłu. Łzy mimowolnie popłynęły mi z oczu, jednak uśmiechnęłam się sama do siebie na myśl, że jeszcze raz będę musiała poprawiać
- Sonya! Wracaj do domu! Musimy wyjeżdżać! - usłyszałam donośny głos, którym operowała moja mama. Z uśmiechem kiwnęłam głową, chcąc dać jej do zrozumienia, że zaraz będę.

Sonya - Pierwszy dzień w Polsce
   Dwa dni na okrągło w samochodzie zdecydowanie nie były mi na rękę. A, zapomniała bym - oczywiście mieliśmy zapewniony luksusowy nocleg na parkingu pierwszej lepszej austriackiej stacji benzynowej. Wracając - skutki zaczęłam odczuwać już po wyjściu z pojazdu. Niepohamowana chęć wymiotowania, zawroty głowy, problemy z błędnikiem oraz pozostały po podróży smak śliny, przyprawiający o mdłości. Wysiadłam z czarnego Range Rover'a tuż przed furtką od mojego przyszłego domu. Domu...posiadłości. To określenie zdecydowanie lepiej oddawało wygląd tego niesamowitego miejsca. Na przedmieściach Elbląga, jednak drzewa okalające dom sprawiały wrażenie, jak gdyby został postawiony w środku puszczy. Sama posiadłość zbudowana została na wzór prostokąta. Przednia, najbardziej reprezentacyjna ściana, oraz przylegająca do niej - prawa zostały obłożone ciemnym drewnem, niemalże takim samym, jak te, z którego zostały wykonane ramy okien mojego francuskiego mieszkania. Reszta natomiast była niemalże śnieżnobiała, na tle ściany odróżniały się jedynie metalowe ramy okienne, pokryte szarą, matową farbą. Z tego samego materiału zostały zrobione drzwi. Do domu prowadziła wyłożona brukiem droga, ciągnąca się przez dobre piętnaście metrów. Wokół niej zostały posadzone wierzby, które wiosną oraz latem tworzyły piękne zadaszenie dróżki. Z tyłu, za domem był niewidoczny od wejścia taras. Drewniana podłoga, oraz przypominający szachownicę, drewniany dach. Zamiast czarnych i białych pól użyto jednak sztucznego, przezroczystego tworzywa, które było tak czyste, że prawie w ogóle nie było go widać. Drewniany schodki, odchodzące od tarasu łączyły go z szerokim, prostokątnym basenem, na przeciwko którego również znajdował się akwen, jednak mniejszy, bardziej przypominający owal, skąpany w kwiatach czereśni. 
    Roztrzęsionym palcem przycisnęłam dzwonek. Wiedziałam, że stoi za mną ukochana matka, jednak z każdą następną chwila ucisk w gardle i żołądku narastał. Z każdą chwilą. Łącznie z tą, w której wysoki, zadbany, przystojny, jednak siwiejący już mężczyzna wyłonił się zza drzwi. Nie przypominał jednak modeli, którzy pojawiali się na okładkach najdroższych pism. Raczej starszego, wzbudzającego zaufanie mężczyznę, z którym zawsze można było porozmawiać. Kiedy już otworzył przede mną furtkę, nadal stałam, oszołomiona domem, w którym rzekomo miałam spędzić następny rozdział mojego życia.
- Cześć córeczko. - powiedział miłym, nieco zachrypniętym głosem. Już go polubiłam, jednak bardziej jako przyjaciela, niż ojca. Wiedziałam, że jeszcze długo nie przyzwyczaję się do Niego w tej ważnej roli.
- Hej. - wydukałam nieśmiało, nie wiedząc zbytnio, jak zachować się w takiej sytuacji.
- Marcin Czajkowski. Jeżeli chcesz, możesz mówić do mnie po imieniu, nie mam z tym żadnego problemu. - machnął porozumiewawczo głową i wyciągnął do mnie rękę. Zrobiłam to samo.
- Nie stójcie tak. Wejdźcie, wejdźcie. Zapraszam w moje skromne progi. - powiedział z chyba przesadnym optymizmem, jednak mi to nie przeszkadzało.
- Rzeczywiście, bardzo skromnie tutaj masz. - mama dyskretnie mnie popchnęła, dając mi znak, że mogę już wejść do własnego domu. Kolejne kroki stawiałam niczym baletnica, rozglądając się wokół. Nieśmiało weszłam do środka, zapominając o zdjęciu obuwia, jednak nikomu to chyba nie przeszkadzało. 
- Twój pokój jest na górze. Chciałem, żebyś miała ładny widok z okna. - mruknął ochoczo Marcin, wskazując na murowane schody. Ruchem głowy spytałam, czy mogę wejść. On w ten sam sposób odpowiedział. Od tamtej chwili wiedziałam, że już zawsze będę go traktować jako przyjaciela. I o dziwo miałam przeczucia, że on nie będzie miał nic przeciwko temu. Na końcu długiego korytarza zauważyłam drzwi, na których wisiała karteczka informująca, że jest to mój pokój. Kiedy otworzyłam smukłe, jednak solidne drewniane drzwi, ponownie zaniemówiłam. Naprzeciwko mnie stało wykonane z białego drewna łóżko, a po prawej stronie wykonana z tego samego szafka nocna z dwoma szufladami. Ściana znajdująca się po lewej stronie, jedna z dwóch najdłuższych była cała oszklona. To mnie najbardziej urzekło. Takie rzeczy widziałam tylko w filmach, a i tak zawsze mi się one podobały. Przy przeciwnej ścianie ustawiona była biała szafa oraz toaletka w takim samym kolorze. Obok niej, przy rogu pokoju znajdowały się drzwi, identyczne jak wejściowe, które prowadziły zapewne do prywatnej łazienki. Naprzeciwko łóżka, obok drzwi wejściowych znajdowała się również biała komoda, a nad nią obszerne lustro. Na środku wyłożony był puszysty, czekoladowej barwy dywan. Pokój urządzony był minimalistycznie i modernistycznie, jednak zachwycał. 

Sonya - Po rozpakowaniu
   Po czułym pożegnaniu się z matką, rozpakowaniu i rozmowie z Marcinem zaszyłam się w moim pokoju. Nurtowało mnie to, dlaczego zostawił mamę, jednak postanowiłam nie zadawać tego pytania. Na razie. Pierwszą rzeczą, którą postanowiłam zrobić było ściągnięcie do domu jednej z dwóch osób, które znałam w Polsce - Adrianny.

------------------------------------------------------------------
Witam was serdecznie!
Mamy rozdział pierwszy - według mnie udany. Mam nadzieję, że nie będziecie narzekać na brak opisów ;) Postać Adama co prawda się w nim nie pojawiła, ale będziecie mieli z nią przyjemność w następnym rozdziale. Warto czekać, nieprawdaż? Kolejny chapter opublikuje po jednym komentarzu, tak więc gorąco zapraszam do wyrażania swojej opinii. Polecam także zajrzeć na blogi podane obok -->

Sonya

2 komentarze:

  1. Mi się osobiście rozdział podobał, choć jak dla mnie za dużo opisów, ale to kwestia gustu. Poza tym, droga myśląca ja, to jest pierwszy rozdział, który ma za zadanie jak najbardziej. Spowodować, byśmy wyobrazili sobie życie Sonyi (?)
    Nie mogę wypowiedzieć się zbytnio o fabule, bo jeszcze praktycznie nic się nie działo.

    A teraz l, gdy otrzymałaś już uznanie, musisz (chyba, że przestaniesz od tego momentu czytać mój komentarz) zmierzyć się z błędami. Swoimi oczywiście.

    Kiedy mama zorientowała się, że nic nie zostało na półkach, ja zorientowałam się, że.. -2x zorientować się. Nie radzę robić powtórzeń - to odbiera ładny wygląd twojemu opowiadaniu :) !

    Lubiłam różnorodność, toteż mój starałam się codziennie zmieniać mój wizerunek. - bez tego pierwszego 'mój'. Ale tak, to w tym zdaniu jest wszystko ok :)

    Wiedziałam, że stoi za nią ukochana matka, - za czym? Tam był fragment, jak Sonyi ręka się trzęsła przy dzwonku do drzwi. Chyba, że chciałaś napisać 'Wiedziałam, że stoi za MNĄ ukochana matko..' Co lepiej by brzmiało, gdyby zdanie wyglądało tak: 'Wiedziałam, że za mną stoi ukochana matka..'

    - Cześć córeczko. - powiedział miłym, nieco zachrypniętym głosem. - Po 'córeczko' nie powinno być kropki! A czemu? Gdy w uzupełnieniu dialogowym piszemy sposób mówienia (np. Uśmiechnęła się, prychnął, kaszlnęła it.) Nie ma kropki i uzupełnienie dialogowe piszemy z małej litery. Jeżeli zaś, mamy uzupełnienie dialogowe o czynnościach (np. Przytulił ją, włączył telewizor, otworzył okno itp.) to wtedy mamy kropkę i uzupełnienie z wielkiej litery.
    PRZYKŁADOWE ZDANIA :
    - Nie chcę iść do kina! - krzyknęła Kasia
    -Ale gorąco.. - Otworzył okno

    To nie hejt tylko poprawienie błędów. Nie zrażaj się tym, bo i tak masz lepszy początek niż ja :D
    Powodzenia w pisaniu :) Nie martw się - jeszcze do ciebie zajrzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dobrze mi się to czyta. Miejmy nadzieję, że szybko nie skończysz tego bloga :)

    OdpowiedzUsuń